piątek, 1 kwietnia 2016

Odcinek 16



Olav początkowo nie mógł uwierzyć w to, co się stało. David odpowiedział na jego niewypowiedziane wątpliwości... zupełnie jak kiedyś zrobił to Rovelin. Ale przecież wtedy, w Rotenn, mag mówił coś o połączeniu umysłów po Próbie. Dlaczego więc kapłanowi udało się dokonać tego samego bez użycia magii?
Myśląc o tym, akolita przyglądał się ciężkim regałom, od podłogi po strop wypełnionych księgami. Był pewien, że w jednej z nich znalazłby odpowiedź na swoje wątpliwości – w końcu ciągle mu powtarzano, z jak bogatym zbiorem ma do czynienia – ale póki nie potrafił czytać, mógł zapomnieć o szukaniu informacji w ten sposób. Z drugiej strony, nie miał zamiaru czekać. Z braku lepszej alternatywy postanowił więc ostrożnie zasięgnąć języka. Po południu, pod koniec prowadzonej na dziedzińcu lekcji fizyki, niby przypadkiem zagadnął swojego nauczyciela o to, czy możliwe jest porozumiewanie się bez słów. Spotkało go zaskoczenie. Chociaż od samego początku wszyscy kapłani nakłaniali go do zadawania pytań i chwalili za każdym razem, gdy sam poszukiwał wiedzy, tym razem zagadnięty mężczyzna wyraźnie nie był zachwycony.
— Skąd wiesz o telepatii? — zapytał, patrząc na chłopaka podejrzliwie.
— Tele... co?
— Telepatia. Tak fachowo nazywa się zdolność komunikacji z umysłu do umysłu – odpowiedział kapłan. — Skąd o niej wiedziałeś?
— Nie wiedziałem — skłamał Olav. — Po prostu zastanawiałem się, czy to możliwe... Jak działa ta... telepatia?
— No cóż, wszystkiego nie mogę ci powiedzieć, a nawet gdybym mógł to nie potrafię. Przekazywanie wiadomości bez użycia zmysłów jest bardzo trudne - wymaga sporego wysiłku i wprawy, a z drugiej strony delikatności. Tylko magowie mają na tyle silne i wyćwiczone umysły, by porozumiewać się telepatycznie, chociaż wiadomo, że nie każdemu z nich wychodzi to równie dobrze. Mistrz Rovelin na przykład jest uznawany za prawdziwego specjalistę w tej kwestii. Rzadko zdarza się, by taki młody mag osiągnął taką biegłość w jakiejś dziedzinie.
Olav poczuł zupełnie niezrozumiałe zadowolenie, ale jego wątpliwości nie zniknęły.
— A kapłani? — drążył.
— My, a także zielarze i wojownicy, uczyliśmy się podstaw telepatii podczas swojego krótkiego pobytu w Zakonie, ale rzadko kto potrafi nadać najprostszą wiadomość. Ba, niektórzy mają problem nawet z jej odbiorem. To nie takie proste, jak usłyszenie dźwięku. Chłopak uniósł brwi. Wszystko wydawało mu się coraz dziwniejsze.
— A ja? Czy ja mógłbym usłyszeć taką... telepatyczną wiadomość?
Kapłan uśmiechnął się pobłażliwie.
— Nigdy w życiu, akolito. To nie na twoje możliwości.
Gdy mężczyzna odszedł, Olav przysiadł na murku i marszcząc brwi zastanawiał się nad tym, co usłyszał. Po raz kolejny przestał cokolwiek rozumieć.
Wątpliwości oraz dziwny niepokój nie dawały mu spokoju nawet w nocy. Chłopak wiercił się w łóżku niemal do samego rana, dlatego kolejny dzień zaczął niewyspany i apatyczny. Co więcej, męczyło go też jakieś poczucie pustki, którego nie potrafił zidentyfikować. Uparcie powracające wspomnienia z podróży znowu przypomniały mu, że pewien etap w jego życiu zakończył się, rozpoczynając tym samym kolejny. Kto wie, co na niego czekało na końcu tej drogi? Myśląc o tym, Olav znów poczuł się bardzo zagubiony. Razem z kapłanami udał się do jadalni, chociaż właściwie nie miał na to ochoty. Troska i zmęczenie skutecznie zniechęciły go do jedzenia.
Kiedy w smętnym nastroju niemrawo się posilał, na wolnym miejscu obok niego usiadł zielarz Leon. Był to mężczyzna wysoki i o solidnej posturze. Miał pogodne, niebiesko-zielone oczy, krótkie, ciemne włosy, przyprószone już siwizną i kilkudniowy zarost wokół wąskich ust. Jego twarz, choć wyraziście zarysowana, budziła zaufanie, bo wydawała się łagodna i sympatyczna. Taki też był sam zielarz, o czym Olav przekonał się już od ich pierwszego spotkania zaraz po zaprzysiężeniu. W kolejnych dniach okazało się, że Leon traktował go zupełnie inaczej, niż kapłani. Przede wszystkim, był jedyną osobą w świątyni, która zwracała się do Olava po imieniu, a nie formalnym zwrotem „akolito”. Nie wszyscy patrzyli na tą poufałość przychylnym okiem, ale zielarz wyraźnie nic sobie z tego nie robił. Uczył chłopaka najlepiej, jak potrafił i chociaż czasami był bardzo wymagający, nigdy nie okazywał zniecierpliwienia czy złości. Gdy akolita nie potrafił czegoś zrozumieć, cierpliwie i spokojnie wyjaśniał wątpliwości i podawał przykłady tak długo, aż wszystko stawało się jasne. Olav nieśmiało przypuszczał, że takie nastawienie mogło być efektem posiadania sześciorga dzieci - Leon jako jeden z nielicznych mężczyzn służących świątyni miał rodzinę.
Nie chcąc uchybić ich ciągle świeżej znajomości, chłopak pozdrowił grzecznie zielarza, a nawet zmusił się do słabego uśmiechu. Mężczyzna odkłonił się jednak bez słowa, uważnie obserwując akolitę.
— Jak tak patrzę na ciebie to zdaje mi się, że coś cię trapi — powiedział wreszcie. — Jesteś bledszy niż zazwyczaj. Źle się czujesz?
— Nie, ja... nie wyspałem się.
— Bo?
Chłopak pogmerał łyżką w swojej owsiance. Bardzo chciał powiedzieć, co mu leży na sercu, ale nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, więc tylko wzruszył ramionami.
Zielarz pokiwał głową.
— Chyba rozumiem... rzeczywiście łapie cię choroba, ale taka, której zioła nie uleczą — stwierdził. — Ale może znajdzie się na to rada. Gdy skończysz jeść, przyjdź do lecznicy. Przydasz mi się — powiedział cicho i bez dalszych wyjaśnień po prostu wyszedł z jadalni.
Akolita ożywił się i czym prędzej zajął się swoim talerzem. Uwielbiał pracować z roślinami i bardzo często zaglądał do Leona, nawet w wolnych chwilach. Zawsze szukał sposobności do pomocy, byleby tylko jeszcze przez chwilę móc zajmować się tym, co naprawdę lubił. Bardzo zaciekawiło go, w czym tym razem może pomóc zielarzowi, dlatego gdy już skończył posiłek, bez chwili zwłoki udał się we wskazane miejsce.
Lecznica była jednopiętrowym, długim budynkiem przytulonym do zachodniej ściany świątyni. Miała dwa wejścia - dla mieszkańców miasta, którzy mogli wejść do środka przez niewielką, jasną sień oraz dla kapłanów, bezpośrednio ze świątynnego dziedzińca. Z obu stron prowadzące do niej drzwi były półokrągłe, szerokie i zdumiewająco lekkie jak na swoje wymiary. Wyróżniały się małym listkiem ze srebrnej płytki, przybitym mniej więcej na wysokości oczu dorosłego człowieka.
Gdy Olav dotarł na miejsce zapukał krótko, po czym pchnął drzwi i wszedł do środka. Aktualnie nikt nie potrzebował stałej opieki, więc kilka łóżek ustawionych równo wzdłuż ścian było pustych. Na jednym z nich – stojącym nieopodal drzwi – siedział Leon i przeglądał zawartość swojej nieodłącznej torby z medykamentami. Gdy usłyszał, że ktoś wchodzi, uniósł głowę.
— No, dobrze, że jesteś — powitał chłopca, nim ten zdążył otworzyć usta. — Mam już chyba wszystko, więc chodźmy. Trzymaj, poniesiesz moją torbę. Możesz zajrzeć, co jest w środku.
— A gdzie idziemy? — zapytał Olav, zbity z tropu i przyjrzał się zawartości torby. Nie było tego wiele – oprócz standardowego wyposażenia, zauważył tam dodatkowy słoik, szmatkę i zakorkowaną butelkę.
— Powinieneś kogoś poznać, a przy okazji nauczysz się czegoś. No, chodź, chodź, nie ociągaj się. Pacjent czeka.
Leon poprowadził zdumionego chłopca do schodów, na piętro i dalej do końca korytarza, dokładnie po przeciwnej stronie od jego pokoju. W końcu przystanęli przed jednymi z drzwi – identycznymi jak te, które mijali do tej pory.
— Tu mieszka Gordon — powiedział Leon. — To jeden z najstarszych kapłanów w naszej świątyni. Ze względu na stan zdrowia nie opuszcza tego pokoju, dlatego odwiedzam go dwa, czasem trzy razy dziennie... ale nie ukrywam, że przydałby mi się ktoś do pomocy.
— A inni kapłani? Dlaczego nie chcą tu przychodzić? — Olav zmarszczył brwi.
Po tygodniu mieszkania w Brevie akolita zauważył, że wszyscy kapłani traktują się jak bracia. Nawet, gdy pomiędzy dwoma mężczyznami trwał jakiś konflikt, nie odmawiali sobie nawzajem pomocy. Bardzo dziwne było zatem to, że tylko zielarz Leon odwiedza starego, niedołężnego kapłana.
— Odwiedzają, oczywiście... ale nie tak często, jak powinni — westchnął zielarz. — Gordon to bardzo mądry i dobry człowiek. Ma niesamowitą wiedzę i zna setki porywających historii. Można go słuchać godzinami... Cały problem polega na tym, że ma... no cóż, dosyć ciężki charakter. Do tego człowieka trzeba umieć trafić... Ale nie zniechęcaj się. Coś mi mówi, że możecie się polubić.
Po tych słowach zapukał głośno do drzwi. Gdy usłyszał krótkie „proszę”, chwycił za klamkę.
— Tylko uważaj na to, co powiesz — szepnął jeszcze i otworzył drzwi.
Pokój Gordona był nieco większy, niż ten należący do Olava, ale urządzono go bardzo podobnie. Naprzeciwko drzwi było niewielkie okno, a w kącie niedaleko niego znajdował się olbrzymi kufer, prawdopodobnie zawierający cały dobytek kapłana. W przeciwległym krańcu pokoju, w rogu naprzeciwko okna, stało łóżko z wysokim zagłówkiem, a obok niego niewielka szafeczka. Sam Gordon siedział zgarbiony na pościeli, patrząc wprost przed siebie. Miał długą, siwą brodę i niemal całkiem wyłysiałą głowę - tylko za uszami zostały mu resztki rzadkich włosów. Gdy usłyszał, że drzwi się otwierają, odwrócił głowę w ich stronę. Dopiero wtedy Olav zrozumiał, dlaczego mężczyzna nie wychodzi ze swojego pokoju. Jego jasne oczy pokrywało upiornie wyraźne bielmo. Kapłan był ślepy.
— Dlaczego nie leżysz, Gordonie? — zapytał go Leon. — Powinieneś odpoczywać! Jeszcze wczoraj miałeś gorączkę i nie mogłeś podnieść się z łóżka.
— A ileż można leżeć, do cholery? — mruknął starzec w odpowiedzi. Pomimo podeszłego wieku jego głos wciąż był silny. — W grobie sobie odpocznę.
— Wolałbym, żebyś odpoczął już teraz. Na grób jeszcze przyjdzie czas.
— Młodziku, co ty możesz o tym wiedzieć! Gdy ja byłem w twoim wieku nawet na myśl mi nie przyszło, że... zaraz. Ktoś jeszcze tutaj jest?
— Tak. Przyprowadziłem ze sobą naszego akolitę. Przybył do Brevy tydzień temu. Wspominałem ci o tym, pamiętasz? Wypytywałeś mnie o niego, więc pomyślałem, że zechcesz go poznać.
— Ha, no proszę! Gdyby nie ty, aż do śmierci zastanawiałbym się, dlaczego ostatnio dzwon odezwał się dwa razy... Nie śpieszycie się z informowaniem mnie o najważniejszych sprawach. Jakbym nie był już jednym z was.
Leon pokręcił głową i usiadł na łóżku obok kapłana. Położył dłonie na jego plecach, wyszeptał cicho kilka słów i przymknął oczy. Olav poczuł w głowie coś, przypominającego delikatny powiew chłodnego wiatru. Był już wyczulony na takie rzeczy i wiedział, co się dzieje. Zielarz używał swojej magii, by zbadać kapłana. Chłopak oparł się o ścianę i rozpiął sweter. W pokoju było o wiele cieplej, niż w innych pomieszczeniach w świątyni.
— No, wygląda na to, że z twoimi płucami jest już całkiem dobrze, Gordonie — powiedział po chwili Leon. — Masz silny organizm, łatwo sobie poradził z chorobą. Jeszcze trochę i będziesz zdrów jak ryba.
— Nie drwij sobie ze mnie, dobrze? — żachnął się kapłan. — Zdrów jak ryba? W moim wieku? Wolne żarty! To bardzo niegrzecznie śmiać się z cudzego nieszczęścia... a jeszcze bardziej niegrzecznie jest udawać nieobecnego, co, akolito? On jest niemową?
— Nie, tylko dobrze go wychowano. Nie wcina się innym w dyskusję. Rozbierz się, proszę.
— A to akurat bardzo pięknie — odpowiedział starzec, niezgrabnie wyplątując się z ubrań. — Ale mógłbyś się chociaż przedstawić, chłopcze. No, jak ci na imię?
— Olav, kapłanie — odparł akolita najgrzeczniej, jak tylko potrafił.
— Jak? Olav? Na Żywioły, a cóż to za cudaczne imię! Skąd ty w ogóle jesteś?
— Z Rotenn. To taka wieś na Wybrzeżu.
Gordon aż się zachłysnął.
— Z Wybrzeża? Czy wyście poszaleli?! — zawołał i kaszląc odwrócił się w stronę zielarza, który pomagał mu się rozebrać. — Przyjmujecie do najświętszej świątyni w kraju chłopaka z Wybrzeża? Czy ty wiesz, jaką on ma krew?
— Czerwoną, jak my wszyscy — odparł Leon surowo. — Gordonie, Olav ma Dar, tak samo jak ty czy ja. Nieważne, skąd pochodzi. Przeszedł Próbę i to się liczy.
— A kto ją przeprowadził?
— Mistrz Rovelin.
Kapłan uniósł brwi.
— Nie wiedziałem, że tesalska arystokracja lubi plątać się po Wybrzeżu.
Akolita wytrzeszczył oczy. Tesalska arystokracja?
— Mistrz nie byłby zachwycony, gdyby słyszał, jak się o nim wyrażasz – mruknął zielarz. — Olavie, wyciągnij z torby słoik i odkręć go. Co możesz mi powiedzieć o składnikach?
Akolita drżącymi dłońmi wykonał polecenie. W słoiku była zielonkawa maść, ostro pachnąca różnymi ziołami. W pierwszej chwili nie rozpoznał żadnej woni, ale już po chwili jedna nuta wydała mu się znajoma.
— Tu jest... ta roślina, którą ostatnio mi pokazywałeś... Rozmaryn! — stwierdził. Powąchał drugi raz. — I jeszcze... nie jestem pewien... tymianek?
— Bardzo dobrze! — pochwalił zielarz i wyciągnął rękę po słoik.
Następnie krótko wyjaśnił, jakie jeszcze składniki znajdują się w maści i do czego ona dokładnie służy. Okazało się, że mazidło regularnie wsmarowywane w plecy i piersi chorego, doskonale pomagało w leczeniu uporczywego kaszlu. Ku przerażeniu Olava zielarz polecił mu wysmarować Gordona. Chłopak próbował się wykręcać, ale zrugany przez kapłana nie miał wyboru. Szybko ogrzał zziębnięte ze strachu dłonie i rozpoczął masaż.
— Mocniej akolito, ledwo muskasz mi skórę — instruował go starzec. — No, lepiej... tylko rób większe koła, musisz wysmarować plecy, nie tylko kark. Dobrze. I całą dłonią, całą! O na Żywioły, ale ty masz długie i chude palce. Jesteś wysoki?
— No... — mruknął akolita skupiony na wcieraniu maści.
— Coś ty powiedział? — fuknął na niego kapłan. — Jak ty się odzywasz do starszej osoby?
— Przepraszam! Ja...
— Brawo chłopcze, oby tak dalej.
Speszony akolita zerknął na Leona, ale ten tylko się uśmiechnął pokrzepiająco i pokręcił głową. Mimo tego, Olav nie potrafił się nie przejmować. Solennie przyrzekł sobie nie odzywać się aż do samego końca wizyty. Marzył o tym, by znaleźć się na zewnątrz.
Po wtarciu maści w plecy Gordona, Leon wyjął z torby fiolkę, w której, jak się okazało, znajdował się syrop na kaszel. Wyjaśnił kapłanowi, jak powinien go stosować, a potem jeszcze opowiedział mu o najnowszych wiadomościach z miasta. Mężczyźni gawędzili przez chwilę, ale w końcu zielarz oznajmił, że niestety muszą się już pożegnać. Na zakończenie obiecał jeszcze, że odwiedzi Gordona po południu.
Gdy Leon i Olav już stali w drzwiach, kapłan odezwał się niespodziewanie:
— Akolito? Umiesz już czytać?
— Tak, kapłanie — odparł chłopak niepewnie. Właściwie, ledwo potrafił poskłada kilka liter, ale bał się powiedzieć o tym starcowi. — Jeszcze trochę się zacinam... ale codziennie ćwiczę. Idzie mi coraz lepiej.
Ku jego zdumieniu, Gordon uśmiechnął się szeroko.
— To bardzo dobrze — powiedział. — Ucz się jak najwięcej. Chciałbym doczekać chwili, gdy nie będziesz musiał łgać w tej kwestii.
Akolita zaczerwienił się aż po same uszy i czym prędzej opuścił pokój. Gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, odetchnął ciężko.
— No, poszło świetnie — powiedział Leon, klepiąc go po ramieniu. — Spodziewałem się, że będzie dużo gorzej. Dobrze się spisałeś.
Chłopak wytrzeszczył oczy.
— Ale przecież... kapłan Gordon cały czas mi dogryzał. Nie lubi mnie!
— Nie rozumiesz. – Zielarz pokręcił głową. — Ludzie tacy, jak on nie mają czasu na zajmowanie się rzeczami, które ich nie interesują. Gdyby faktycznie cię nie polubił, całkowicie zignorowałby twoją obecność, albo kazałby ci wyjść. I nie dogryzał ci, tylko zagadywał po swojemu. Wiesz, dlaczego? Bo go zaciekawiłeś. Jestem pewien, że jeszcze będzie chciał się z tobą spotkać.
— Nie wydaje mi się — mruknął Olav.
Nie wiedział nawet, jak bardzo się mylił.


___________________________________________ 


Więcej informacji na temat tego odcinka (oraz kolejnych) znajdziecie, tradycyjnie, na LEGENDACH VERIONU. Zapraszam!



10 komentarzy:

  1. Wchodząc na Twojego bloga wczoraj, miałam złe przeczucie, że znów uciekłaś. Ale nim poszłam spać, odświeżam bloggera: jest! Nie zapomniała o nas, marnych czytelnikach! <3. Przeczytałam już wczoraj, ale przyznam, że sen tak mnie morzył, że uznałam, że bezpieczniej będzie odłożyć komentowanie. Bałam się, że może wyjść mi coś z tego na miarę: "my name is potato".
    A teraz postaram się wyprodukować coś chociaż odrobinę bardziej konstruktywnego.
    Więc tak, zacznę od tego, że znów stworzyłaś postacie, których nie da się nie lubić. Łagodny Leon i zgryźliwy Gordon. Obaj wprowadzają powiew świeżości.
    Myślę, że szczególnie więź Gordona i młodego może się okazać bardzo interesująca. Taka przyjaźń, albo może coś więcej (znaczy, Jezu, nie tak! Relacja uczeń-nauczyciel xDDD).
    Olav nie jest zwykłym akolitą, tego jestem pewna. Wydaje mi się, że jego objawy telepatii na to wskazują. Ciekawe, bardzo ciekawe, w jaką stronę to wszystko pójdzie.
    No tak, jeszcze o jednej rzeczy muszę napomknąć: uwielbiam zwięzłe riposty, trafione w punkt. I tutaj czapki z głów dla Leona za tekst o krwi.
    Cieszy mnie, że pojawił się ktoś, kto może trochę odciążyć Olava, żeby nie czuł się aż tak samotny i zagubiony. Może dzięki dobrym nauczycielom właśnie jego moce rozwiną się w pełni.
    I zastanawiam się, czy dobrze rozszyfrowałam rozmowę o chorobie Olava. Leonowi chodziło o tęsknotę, czy tak?
    Wielkie dzięki, że pojawiłaś się znowu.
    Nieodzownie będę czekała na następne części.
    candlestick z
    Crown's Jewel.
    Buzzing Blood

    PS. Zdradzę Ci coś, co do Crownsa: szykuję trzęsienie ziemi ;>
    PPS. W końcu nauczyłam się wstawiać linki do komentarza XD.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakich "marnych" Czytelnikach? Wszędzie tak podkreślam, jak bardzo Was cenię i jak cieszę się, że jesteście, a Ty mi wyjeżdżasz z takim wyrażeniem. No wiesz co... :D

      Też lubię tekst Leona o krwi. Pomyśleć, że był tylko przebłyskiem - po prostu nagle pojawił się w mojej głowie, podobnie zresztą jak postać Gordona. Cieszę się, że zarówno on, jak i Leon przypadli Ci o gustu. I tak, dobrze rozszyfrowałaś słowa zielarza - chodziło o szeroko rozumianą tęsknotę. :)

      Nie dziękuj mi za powrót, bo chyba nie ma za co. To raczej ja powinnam podziękować Tobie za to, że wiernie czuwasz i przeprosić, że tek długo milczałam. Tak więc dziękuję i przepraszam. Świadomość, że gdzieś jest ktoś, kto czeka na kolejne odcinki jest bardzo budująca. :)

      Ach, no i oczywiście pracując nad dalszą częścią "Iskry" nie zapomnę sprawdzić, co słychać u Oleandry, Hala i reszty zacnej kompanii. Nie wątpię, że z lubością rzucasz im kłody pod nogi. W końcu to najlepsza zabawa, prawda? :D

      Pozdrawiam cieplutko,
      V.

      Usuń
  2. Bardzo się cieszę, że tu trafiłam. Wciągające opowiadanie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Normalnie nie pisałabym komentarza, ale przyuważyłam pytanie w kolumnie z boku -> możliwe, że jesteś zalogowana na bloggerze na więcej niż jednym urządzeniu. W takim przypadku blogger nie czyta własnych wejść tylko jednego z nich. Podejrzewam, że ma to jakiś związek z adresem IP danego urządzenia, dlatego nigdy nie udało mi się odkryć jak to zmienić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Definitywnie nie nadążam za moim sprzętem. Myślałam, że wystarczy raz zaznaczyć, że nie chcę uwzględniać moich wyświetleń i to wystarczy... No nic, teraz będę się pilnować. Pięknie dziękuję za wyjaśnienia i pozdrawiam!
      V.

      Usuń
  4. To jest supet. Gdzies zobaczylem komntarz ze to wydane powinno byc jako ksiazka i sie z tym zgadzam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj. Kiedy opublikujesz kolejny odcinek?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam serdecznie!

      Niestety, trudno mi dokładnie powiedzieć, kiedy pojawi się kolejny odcinek "Iskry". Pracowałam nad nim trochę, ale musiałam go odłożyć przez inną opowieść, którą właśnie z siebie "zrzucam", a także przez zawirowania w życiu osobistym. Kiedy ze wszystkim się uporam, wznowię publikację. Na pewno nie zostawię tej historii bez zakończenia. :)
      Informacje o tym, kiedy dokładnie pojawią się kolejne odcinki będą na drugim blogu - Legendach Verionu. Jestem również obecna na Wattpadzie, gdzie można śledzić moją aktywność na bieżąco.

      Pozdrawiam i dziękuję za odwiedziny,
      Valakiria

      Usuń
    2. Ok. Dzięki za odpowiedź. W takim razie szukam kolejnych Twoich dzieł. Pozdrawiam :)

      Usuń
  6. Bardzo fajnie i ciekawe opowiadanie.
    Ma pani talent.
    Nie mogę doczekać się kolejnych części.

    OdpowiedzUsuń